Epizod 6

Odette biegła za córką, chociaż mała miała wiele sił w nogach i mimo młodego wieku, nawet nie szkolnego, osiągała prędkości, które młodej mamie sprawiały nie lada problemu. Mała Celine przebierała nóżkami po kamienistej plaży, która ciągnęła się w nieskończoność przed jej oczami. Po jej lewej stronie znajdowała się woda – kolorem przypominająca kwintesencję błękitu; błękitu ciepłego, ogrzewanego słońcem i czystego. Po prawej jej stronie natomiast znajdowały się tylko pojedyncze domki, szerokie klify i gładkie niebo.
Dziewczynka z radością przyglądała się swojej sukience, która falowała podczas jej ruchu. Trzymała w dłoniach muszelkę i pędziła na przód razem z wiatrem, który targał jej włosy.
Była malutka.
Była miniaturką człowieka, która ledwo przyjęła umiejetność mówienia, by teraz krzyczeć w niebogłosy imię matki i śmiać się – śmiać się tak wesoło, że każdy mieszkaniec Ezé ją słyszał. I wychodzili oni z domów i zerkali przez okna. Każde oko wpatrzone było w Celine Bryant.
Dziewczyna zatrzymała się w biegu, a jej stópki zatopiły się nieco pod kamieniami od nacisku, który wywołał nagły stop. Popatrzyła na kamienie i powoli zamrugała, nachylając się nad czarnym, płaskim obiektem z idealnie okrągłymi brzegami. Nie miał ani jednej niedoskonałości, wystającej części, która mogłaby zranić delikatną skórę. Był perfekcyjny, jak cała reszta jego braci. Wszyscy tacy sami.
– Celine. – Odette zdążyła dobiec do córki w chwili, gdy jej ciekawość znalazła skupienie gdzieś indziej niż w biegu. Przykucnęła przy dziewczynce i chwyciła w swoje dłonie, dłonie Celine – jedną, która kurczowo trzymała kamień i drugą, która zaciśnięta była na muszelce. Przyjrzała się uważnie malutkim dłoniom, po czym w końcu powiedziała: – Pokaż mi muszelkę, Celine.
Dziewczynka zrobiła skwaszoną minę i wyrwała piąstkę z chwytu matki.
– Pokaż, Celine.
Mała wreszcie odważyła się na ruch i wypchnęła z dłoni muszlę, której ostre krawędzie poraniły wnętrze jej dłoni. Ciekła z nich teraz lepka krew. Celine wydała z siebie mocne westchnienie ale nie zapłakała. Jedynie jej twarz oblała się szkarłatem, a oczy zaszkliły.
– Nawet piękne rzeczy potrafią zrobić nam krzywdę – powiedziała spokojnie Odette i przyłożyła swoją dłoń do policzka córki. – Ale to nadal wyjątkowa muszla wśród tych samych, bezpiecznych kamieni. – Spojrzała na dłoń córki i podmuchała na jej wnętrze, by ukoić ból. Ręką sięgnęła do kieszeni, by wyciągnąć z niej kwadratowy skrawek materiału. – Nie daj jednak skrzywdzić swych dłoni. – Muszlę, którą teraz trzymała, owinęła materiałową chusteczką z haftem OB na rogu. – Zbuduj tarczę, która pozwoli ci trzymać muszlę – podała córce zawiniątko; – i nie wypuścić kamienia. Musisz jedynie wystarczająco szybko znaleźć jakiś sposób na muszelkę, bo inaczej się skaleczysz. – Ucałowała dłoń córki i pogłaskała ją lekko. – Pamiętaj o tym, Celine. Pamiętaj o mnie.
Dziewczynka jedynie z zaciekawieniem wpatrywała się w twarz matki, by po chwili zarzucić jej na szyję ręce i przytulić się do niej mocno. O jej drobną, ale pulchną, twarzyczkę, ocierały się włosy matki, które pachniały solą i deszczem; pachniały morzem i plażą, pachniały jak Èze, jak żadne inne miejsce na ziemi.
Pamiętam, wyszeptała i poczuła lekki ból w nadgarstkach. Pamiętam, powtórzyła i szarpnięta rzeczywistością otworzyła oczy. Znów śniła o matce. Jej obraz w głowie Celine był tak realny, jakby rzeczywiście miała kiedyś możliwość z nią obcować. Jakby nie straciła jej już na starcie.
Zajęło jej to dłuższą chwilę, by zorientować się, gdzie i w jakim stanie się znajduje. Według głosów, które usłyszała wcześniej, była w szpitalu. Tak, była w szpitalu, a jej ojciec rozmawiał z doktorem, który zapewniał o jej bezpieczeństwie. Miejsce, w którym teraz się znajdowała, nie przypominało jednak w żadnym stopniu ośrodka zdrowia. Siedziała na ciężkim, metalowym krześle na środku pustego pokoju, którego ściany przypominały odcieniem zgniłe ogórki pokryte pleśnią. Podłoga wylana nierównym betonem była naga. W pomieszczeniu nie było nawet jednego okna, jedynie drzwi tuż na przeciw. Zdezorientowała oblała swoje ciało spojrzeniem i ze zgrozą zrozumiała, że jest w niebezpieczeństwie. Na sobie miała nadal szpitalną halkę do spania, a w zgięciu jej ręki znajdowały się resztki po wenflonie. W miejscu tym odczuwała ogromny ból, zdając sobie sprawę, że ktoś pozbył się wenflonu nie posiadając do tego umiejętności i kwalifikacji. Jej dłonie w kostkach objęte były kajdankami, które uniemożliwiały odejście od krzesła.
Nagle przypomniała sobie kilka scen, które rozjarzyły się jej w umyśle, gdy sądziła, że śni. Mocne uściski na dłoniach, szarpnięcia, ukrycie ust w materiał, aby nie krzyczała... to wszystko nie było snem. Było prawdą. Wstrząśnięta rozwarła usta, w amoku próbując zrozumieć co się dzieje, gdzie się znajduje i dlaczego. I znów – tak jak w śnie – nie potrafiła uronić łzy. Poczuła, jak jej oczy pokrywa gruba warstwa wody, ale nie znalazła ona swojego ujścia w rzece wzdłuż jej twarzy. Spojrzała więc na sufit z rozpaczą i westchnęła.
Cała ta sytuacja była jej winą. To ona bezmyślnie nie poinformowała ojca o kartce z groźbą, mimo iż zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie za sobą niesie. Jej umysł jednak biegał cały czas wokół Dave'a i Josepha, Williama i tych wszystkich rzeczy, które dotyczyły jej samej, że zapomniała o innych. Poczuła mocny ścisk w klatce piersiowej na wysokości serca. Jak samolubna musiała być, żeby myśleć tylko o sobie i nie poinformować nikogo o zagrożeniu, które, jak się okazało, stało się poważne. Zacisnęła mocno szczękę i warknęła przez zamknięte usta, próbując zapłakać, uronić choćby jedną łzę. Ta jednak nie przychodziła, nie wydostawała się z jej oczu. Nie potrafiła fizycznie płakać, mimo iż jej dusza szlochała cicho w poduszkę na obrót spraw, który przed nią się rozciągał.
Nie tego oczekiwała. Nie tego chciała. A jednak spotkało ją to. A powodem musiała być tylko i wyłącznie jej...
– Sprawdzę co u niej.
Samolubność. Nim jednak zdążyła dokończyć myśl, usłyszała męski, nieznany jej głos. Dochodził z zewnątrz, zza drzwi, których klamka teraz zaczęła niebezpiecznie się poruszać.
To ten moment, Celine, pomyślała sobie. Czas się obudzić. Zbudź się, jeżeli to nie jest jawa. Zbudź.
Nic jednak się nie zmieniło. Siedziała nadal przytwierdzona do metalowego krzesła, którego chłód ranił nogi. Drzwi otworzyły się mocno, a do pokoju wszedł mężczyzna. Był szeroko zbudowany, wysoki i umięśniony. Obcisły t-shirt podkreślał jego idealną sylwetkę. Na głowie rozchodziły się kręcone, czarne włosy, które opadały na każdą stronę i podskakiwały przy każdym kroku. Chciała dostrzec jego twarz, ale była ona ukryta pod białą maską. Jedynym wyróżniającym się na niej elementem był czerwony znak X na prawym i lewym oku.
Po ciele Bryant przeszedł mocny dreszcz, który sprawił, że fizjologiczne potrzeby omal nie wybuchnęły w jej jelitach. Zastygła w miejscu, patrząc na obcego i oddychając – przynajmniej starając się oddychać.
– O, księżniczka się zbudziła – powiedział drwiąco i zaśmiał się. – Niech zgadnę! – Wyciągnął dłoń w jej stronę i wskazał na nią palcem. – Kim jesteś? Dlaczego jestem w kajdankach? Gdzie mój książę na koniu? – Ugiął się w kolanach i przyłożył dłoń do ust w stylu Marilyn Monroe, modulując głos tak, aby brzmiał kobieco. – Tak?
Celine patrzyła tylko na niego spode łba i nie odezwała się słowem. Czuła, jak wokół szyi zaciska się jej gruba lina, a ona dławi się, nie mogąc zrobić wdechu.
– Możesz zachować milczenie – powiedział w końcu. – Ale my z policji nie jesteśmy. – Wzruszył ramionami i podszedł do niej bliżej, pochylając się nad jej głową. – Wiesz kim jestem?
Dziewczyna oczy wlepione miała w drzwi i ani na moment nie spuściła z nich wzroku. Myślała tylko o tym, by oddychać. Wdech. Wydech. Mężczyzna, zdecydowanie niezadowolony jej ignorancją, chwycił za tył jej głowy i mocno wbił palce między jej włosy, ciągnąc ją do tyłu. Bryant syknęła z bólu ale nadal na niego nie spojrzała. Nie chciała pokazać mu, jak bardzo się boi.
A bała się. Bała się jak jeszcze nigdy w życiu. Kostki drżały jej mocno, tak samo jak nadrastki, które wręcz dzwoniły kajdankami od szybkiego ruchu.
– Idziemy cię spalić – wyszeptał jej do ucha i westchnął teatralnie. – No i co, nie kłamaliśmy.
Niemal rzucił jej głową, gdy popchnął ją do przodu, wreszcie ją puszczając. Wyprostował się tuż nad nią i spojrzał z góry.
– Celine Bryant, zostałaś porwana przez White Lighters. Teraz jesteś nasza. Żebyś wróciła do domu, twój ojciec musi zapłacić okup. – Mogłaby przysiąc, że pod maską się uśmiechał. Czuła to głęboko w kościach. Chciało jej się wymiotować. – Dziesięć milionów dolarów albo zostaniesz tu już zawsze.
Dziewczyna poczuła, jak głos sam wydobywa się z jej ust, niż zdążyła się powstrzymać.
– Nigdy! – krzyknęła z nieukrywaną rozpaczą. Głos złamał jej się w pół. Wreszcie ulokowała spojrzenie na masce z czerwonymi krzyżami na oczach. – Wolę tutaj zgnić. I tak mnie nie oddacie. – Szarpnęła rękami, ale mocny metal utrzymał ją w ryzach. Po chwili poczuła ostre pieczenie, ale to zignorowała. – Mój ojciec nigdy wam nie zapłaci.
– Chyba go nie doceniasz – odpowiedział jej z mocą. – Zdaje się, że jesteś jedyną wartością w jego życiu. – Chwycił w swoje dłonie kosmyk jej włosów i przeciągnął je między palcami. – Zapłaci za ciebie. Prędzej czy później, ale to zrobi. Może nawet lepiej, jeśli później. Póki mamy cię tutaj, nic nam nie grozi.
– Czego od niego chcecie? – Nagle dopadło ją jakieś ogromne zmęczenie, głowa zaczęła opadać na ramiona, a ręka w zgięciu, gdzie wyrwano jej wenflon, przyprawiała ją o drgania bólu.
– Jak to czego? – Mężczyzna prychnął z irytacji i przekrzywił głowę. – Sprawiedliwości.
– Kim myślisz, że jesteś, żeby ją wymierzać? I dlaczego atakujesz mojego ojca, który nigdy ni—
Nie zdążyła dokończyć, bo biała twarz uderzyła w jej policzek wnętrzem swojej dłoni.
– Zamilcz – powiedział z gniewem. – Nie broń go przed nami, bo znamy każde jego kłamstwo.
– Ale... ja nie kłamię... – Nie potrafiła poprawnie wypowiedzieć zdania, będąc w szoku po otrzymaniu mocnego ciosu w twarz. Z desperacją błagała jakąś moc o uwolnienie jej dłoni z kajdanek tylko po to, by wbić zęby w skórę palców przy paznokciach tak mocno, aby polała się krew i wypełniła wnętrze jej jamy ustnej, pozostawiając smak na dziąsłach.
– Oczywiście! – Mężczyzna ułożył dłonie przed sobą, stykając palce prawej ręki z palcami lewej. – Jesteś jego córką i najbliższą osobą ale nie masz absolutnego pojęcia co on wyprawia! Daruj sobie, my wiemy.
– Wiecie co? – Zdrętwiała, przepełniona złością. Dlaczego ci mężczyźni tak bardzo nienawidzili jej ojca? Dlaczego chcieli dla niego złego? Dlaczego chcieli... – Dlaczego chcecie zrobić mi krzywdę, ja nic nie zrobiłam... – Spuściła głowę na dół bez jakichkolwiek nadziei, że wyjdzie z tej sytuacji bez szwanku.
Mimowolnie pomyślała o Diego. Jesteś Boadiceą, powiedział jej, jeszcze nie tak dawno temu. Jak bardzo musiałby się zawieść, gdyby zobaczył ją w tym stanie; gdyby ujrzał jak mocno się poddała. Nie była wojowniczką. Była chorągwią, którą targał wiatr a ona pozwalała mu na te wszystkie manewry, wcale się nie stawiając. Wypuściła z dłoni muszlę, wcześniej się mocno nią kalecząc. Spojrzała na swoje dłonie, których wnętrza przepełnione były czerwonymi kreskami – krótszymi i grubszymi oraz dłuższymi i węższymi. Na każdej z nich znajdował się brzydki strup od upadku na rozbite szkło.
– Och, przecież nie zrobimy ci krzywdy. – Mężczyzna wydawał się być szczerze zszokowany jej postawą. Ukucnął przy niej tak, że kątem oka widziała jego twarz w masce. – Chcemy dobra ludzi, a nie ich cierpienia.
Przed oczami Celine ukazał się jej leżący ojciec, który bez przytomności znajdował się pomiędzy stłuczonym szkłem i płomieniami. W jej uszach rozbrzmiewał krzyk i płacz wydostający się zza drzwi gabinetu Alexa chwilę po wybuchu. Stary ochroniarz, do którego nawet się nie uśmiechnęła, recepcjonistka, z którą wymieniła się kilkoma suchymi zdaniami i mnóstwo innych, niewinnych ludzi, którzy tego dnia zostali lub mogli zostać skrzywdzeni przez White Lighters. Gdy przed oczami ukazał się obraz Diego, który mógłby zostać zraniony... Wzdrygnęła się na samą myśl i poczuła jak pęcherz niemal jej wybucha.
– To dlaczego porwaliście mnie ze szpitala, wyrwaliście mi wenflon z ręki i szarpaliście mną cały ten czas? Wszystko pamietam, wy...
– Przecież wtedy spałaś. Nie możesz tego pamiętać. Poza tym, nikt cię nie szarpał. Alfa wyniósł cię na własnych rękach. Włos ci nie spadł z głowy. Nie chcemy sprawić ci bólu. Nie po to tu jesteś.
Celine wróciła myślami znów do tego samego punktu, w którym dźwięk szpitalnych sprzętów, pojawiał się i uciekał, a potem czuła na sobie obce dłonie czyniące jej krzywdę. Czy to umysł płatał jej figle? Nagle zacisnęła mocno powieki i pod płachtą szarpaniny dostrzegła dłonie oprawcy – dłonie należące do Dave'a. To on cały czas sprawiał jej ból. Nie White Lighters.
– Coś wam nie wychodzi – powiedziała jednak pod nosem, by po chwili podnieść głowę, celując w obcego podbródkiem. – Muszę do toalety.
– Proszę. – Rozłożył szeroko ręce i zaśmiał się. – To twoje królestwo. Sikaj gdzie zechcesz.
Celine przewróciła oczami, poirytowana szczeniackim zachowaniem rozmówcy. Im dłuższą konwersację z nim prowadziła, tym bardziej była przekonana, że mężczyzna jest w jej wieku lub tylko odrobinę starszy. Szybko się irytował i łatwo paplał zbędne informacje, zaintrygowany jej pytaniami.
– Naprawdę chcecie abym siedziała tutaj i się zmoczyła, odwodniona i drżąca z zimna? – W jej oczach pojawił się błysk agresji, gdy przeszywała wzrokiem zamaskowanego przestępcę. – Długo nie będziecie więc szantażować mojego ojca, bo zdążę wyzionąć ducha!
– Tak oczytani określają zdechnięcie? – Loczek podrapał się po głowie i znów zachichotał. – Śmieszna trochę jesteś, ale muszę przyznać że potrafisz o siebie walczyć. – Przeszedł przez pokój do drzwi, odwracając się do niej plecami. Złapał za klamkę i ustawił się w pozycji wyjściowej, jakby chciał opuścić pomieszczenie. – Sama zdecydujesz, czy chcesz tu siedzieć i zdychać za ojca, czy dołączysz do nas. – Ruszył do przodu i zatrzasnął za sobą drzwi, zostawiając roztrzęsioną Bryant samą; zupełnie samą w obcym miejscu.
Celine zacisnęła mocno powieki i stęknęła cicho, próbując zmusić się do płaczu. Nie uroniła jednak łzy. Zdesperowana zaczęła szarpać rękami, ale po chwili głośnego grzechotu i znaczących otarć na nadgarstkach, przestała. Spojrzała na swoje górne kończyny i ze zdziwieniem spostrzegła, że czerwone pasy, które utworzyły się od targania, przypominały te, które na swoich dłoniach miała jej ciotka, Valentina (z tym, że jej były już bliznami; liniami jaśniejszymi od skóry). Zmarszczyła brwi zaintrygowana odkryciem, gdy znów usłyszała dźwięk otwierania drzwi.
Stanął w nich ten sam mężczyzna.
– Sprowadziłem kogoś, kto zaradzi na te wszystkie dziewczęce sprawy... Pomoże ci się ubrać i takie tam. – Machnął rękami, ale nie zwróciła na niego większej uwagi, ponieważ w tej samej chwili do pomieszczenia weszła... ona.
Jej długie nogi odziane były w wysokie kozaczki, które sięgały do połowy jej ud. Były czarne i lateksowe, sprawiały wrażenie drugiej, nieco bardziej perwersyjnej, skóry. Milimetry pod pośladkami kończyła się czarna sukienka z golfem, którą włożyła. Przylegała do jej ciała, eksponując idealną figurę. Jej ciemne włosy były ułożone w grube fale, które przypominały fryzury z lat 50', a na jej ustach spoczywała krwista pomadka, tworząc z niej bóstwo na miarę tylko jej samej. Rachel Stone wyglądała jak zawsze, jak królowa nocy i wampirzyca, pijąca krew dziewic.
– R—Rachel? – Celine nigdy nie poznała osobiście dziewczyny, ale znała jej imię i w szoku, jaki wywołała jej osoba, zwyczajnie je wypowiedziała, jeszcze się przy tym jąkając. Perspektywa, że Rachel stoi po stronie White Lighters, wysysała z niej tchnienie, bo to mogło znaczyć tylko, że...
– Cześć, Celine. – Jego głos rozpoznała jeszcze zanim wtoczył się do pomieszczenia swoim wyjątkowym chodem. Jego koszula jak zwykle była głęboko odpięta, włosy wpadały do oczu, a na policzkach i szyi widniały ślady po pomadce Rachel. – Witaj w White Lighters, skarbie – powiedział Joseph i ukłonił się teatralnie, pozbawiając Celine oddechu na kolejne sekundy.

Obserwatorzy