Epizod 1

Zimnymi dłońmi dotknęła nierównej powierzchni drewnianych drzwi prowadzących do jej pokoju. Nie pamiętała, jak znalazła się w apartamentowcu w środku Manhattanu, gdyż od momentu spotkania Williama, nie mogła przestać myśleć o jego postaci. Lewą ręką powędrowała do klamki, czując jak drży. Deszcz, który odprowadził ją do domu, spływał teraz po niej, mocząc całą powierzchnię w jej otoczeniu. Poczuła ukłucie w sercu – przez nią Penelope będzie musiała jutro ciężko pracować, doprowadzając budynek do ładu, jaki panował zanim Celine się w nim pojawiła. Prawą dłonią jeszcze trochę zagłębiła się w wyżłobieniach drzwi, by ostatecznie wtoczyć się do pokoju. Poczuła ulgę na widok znajomych mebli, zapachu i kolorów. Czuła, jak jej serce powoli przestaje niemal wyskakiwać z jej klatki piersiowej, by opaść gdzieś na podłodze obok. Rozpoznając przed sobą kolejne drzwi, tym razem do jej łazienki, ruszyła by je otworzyć i znaleźć się w pomieszczeniu. Przytulna łazienka, jaką sama sobie zaprojektowała, mieściła w sobie jedynie wannę, toaletę, zlew i duże lustro, stojące na wprost drzwi. Szybkim ruchem pofrunęła ręką ku wannie, aby odkręcić wodę. Czuła się brudna. Deszcz nie potrafił zmazać dłoni chłopca, który dotknął ją w sposób, jaki sobie tego nie życzyła. Gdy woda osiągnęła wymarzony przez Celine poziom, dziewczyna weszła do wanny, nie zdejmując z siebie żadnych ubrań. Czuła, jak skórzane czółenka od ojca przesiąkają wodą, która zapewne zniszczy ich wnętrze. Wnętrze Celine Bryant również tego dnia zostało nieco uszkodzone. 
Siedząc bezczynnie w wodzie przez paręnaście minut postanowiła, aby zanurzyć się całkowicie, by pozbyć się resztki myśli, jakie szargały nią od pewnego momentu tego wieczoru. Jej głowa więc powoli zsuwała się z oparcia, by skóra jej twarzy mogła być głaskana przez wodę, ostatecznie będąc przez nią zatopiona. Otwierając oczy pod wodą widziała postać Williama, jego idealnych kości policzkowych i lekko uchylonych ust, gdy w desperackiej bezczelności wydychał dym prosto w jej twarz. Oczy zaczęły ją szczypać, a ona wypuściła z siebie powietrze z bólu, tworząc bąbelki.
Kolejnego dnia czekała ją szkoła i zajęcia zaraz po niej, więc postanowiła zakończyć "kąpiel" i wreszcie pójść spać. Trzymając się planu, opuściła wannę, zdjęła z siebie ubrania, umyła zęby i twarz i związała włosy. Kierując się w stronę łóżka chciała zerknął w telefon, w tym samym momencie orientując się, że wziął kąpiel razem z nią, będąc schowanym w kieszeni jej płaszcza. Oblała swoje odbicie w lustrze chłodnym spojrzeniem, gotując się na jutrzejszą rozmowę z ojcem. Chwilę potem, nie mogąc już powstrzymać senności, wgramoliła się do łóżka, pierwszy raz w życiu śpiąc bez ubrań, bez telefonu i bez ochoty obudzenia się nazajutrz. Było to dość wyjątkowe doświadczenie dla panny Bryant.
***
Budząc się, doświadczyła brutalnego bólu głowy. Złapała się za nią i jęknęła, spoglądając na lewo, w kierunku toaletki stojącej pod ścianą. Próbując zobaczyć swą osobę w lustrze, usiadła na łóżku. Widok nie był zadowalający. Pod oczami nagromadziły się czarne resztki od tuszu, którego użyła po raz pierwszy w życiu, przez co sama przed sobą przyznała się, że wygląda dość puszczalsko. Zmusiła się do ubrania się w kaszmirowy sweter i białą spódnicę midi, po czym powolnym ruchem udała się łazienki, aby umyć twarz. Po drodze spotkała na podłodze mokre ubrania, nie podnosząc ich złapała wiele wyrzutów sumienia. Ruszała się już, aby szybko posprzątać po swoim wybryku, gdy usłyszała głos Penelope wydostający się zza drzwi.
- Panienko Celine, śniadanie już na stole!
- Już idę, Penelope – odrzekła na tyle głośno, by tamta mogła ją usłyszeć, foczym prawą nogą kopnęła ubrania pod wannę, by udać się jak najszybciej do kuchni.
W pomieszczeniu już czekała na nią Penelope, smażąca naleśniki; obok niej, na barowym krześle przy wyspie, siedział Diego, zajadający płatki owsiane z mlekiem. Zarówno Diego, jak i jego matka, nie mogli jeść tego, co przygotowywali dla Celine. Dziewczyna czuła przez to ogromny smutek, ale szanowała decyzje ojca i nigdy nie kłóciła się z nim. Ostatecznie, rodzina Barrera była służba, mieszkającą wraz z Bryantami. Ostatecznie i tylko dla Alexa. Celine traktowała Penelope jak swoją ciocię; uwielbiała jej długie, kasztanowe włosy i brązowe włosy oraz pełne kształty. Kiedyś też podkochiwała się w Diego, nie mogąc przestać patrzeć na to, jak chłopiec dobrze tańczył przy kubańskiej muzyce. Przeszło jej tak szybko, jak Diego zaczął się odzywać – od tamtej pory traktowała go jak niewygodnego, lecz kochanego starszego brata.
- Cześć, młoda – odezwał się do niej z pełną buzią, przez co mleko wydostawało się z jego ust i spływało po brodzie. Na jego twarzy pojawił się pełen uśmiech.
- Witaj, Diego. - Posłała mu spojrzenie, po czym usiadła przy dużym, drewnianym stole na którym czekało już na nią jej śniadanie.
- Dlaczego ty się nigdy nie uśmiechasz, dziewczyno? - Zaśmiał się pod nosem i zaczął dalej pałaszować.
- Jestem nauczona panowania nad emocjami i.. spokoju. - Do rąk wzięła sztućce i zaczęła jeść naleśniki z borówkami, które przygotowała dla niej Penelope. Jedzenie w jej ustach było czymś przyjemnym i łagodzącym pustkę, którą posiadała w swoich wnętrznościach od dnia wczorajszego. Nim się zorientowała, zjadła wszystko, co miała na talerzu. - Penelope, to było przepyszne.
- Cieszę się, że dobrze jesz – powiedziała postać w garniturze, która weszła do kuchni. Alex Bryant w niczym nie przypominał swoich sławnych braci od strony ojca. Był szeroko zbudowany i Celine zawsze kojarzył się z potężną postacią. Jego włosy okryte były srebrnym kolorem, a brzuch nie wyglądał w żaden sposób na jakkolwiek ćwiczony. Na widok ojca, Celine wstała z krzesła i posłała mu spojrzenie pełne miłości i oddania. W tym samym czasie też przypomniała sobie o tym, że musi poinformować go o zniszczonym telefonie, przez co przełknęła ślinę z nerwów.
- Ojcze, witaj... Musimy porozmawiać.
Mężczyzna poruszał się po kuchni, grzebiąc w papierach, które miał w rękach, popijając przy tym kawę.
- Tak tak, skarbie. Co byś chciała ode mnie? A, poczekaj, mam coś dla ciebie. - Zatrzymał się w swoich poczynaniach i zagłębił dłoń w kieszeni, żeby wyciągnąć z niej nowy telefon w złoto-różowej oprawie. - Pomyślałem, ze twój stary telefon jest już naprawdę stary i kupiłem ci nowy, co ty na to?
Celine poczuła, jak kamień spada z jej drżącego serca a jej anioł stróż uśmiecha się do niej promiennie.
- Och, nie wiem co mam powiedzieć. Dziękuję, ojcze. - Podeszła do niego, stanęła na palcach i mocno uścisnęła, okazując wdzięczność. Chwilę później ojciec wręczył jej urządzenie do rąk. Dotykając go, zauważyła, że telefon jest już uruchomiony i ma zainstalowaną kartę.
- Postanowiłem również zmienić ci numer telefonu. Mam obawy o twoje bezpieczeństwo od kiedy White Lighters zaatakowali naszą pocztę w ratuszu... Sama rozumiesz. - Szorstkimi dłońmi dotknął jej policzka, by delikatnie ją pogłaskać. - Oliver już czeka w aucie, żeby podwieźć cię do szkoły, więc ruszaj, bo się spóźnisz.

Spoglądała na niego jeszcze przez chwilę, zanim wraz z papierami ulotnił się z kuchni by zobaczyć ją dopiero następnego dnia o tej samej porze. Tak jak codziennie. Jak zawsze.  
***
Otwierając szafkę, spojrzała na zdjęcie młodej kobiety, przypięte do metalowych drzwi. Postać spoglądała na nią z uśmiechem a za nią rozciągało się Lazurowe Wybrzeże. Osoba na zdjęciu nosiła imię Odette i była matką Celine, której dziewczyna nigdy nie miała okazji poznać ze względu na jej przedwczesną śmierć podczas porodu. Czasami Celine śniła o tym, jak biega z matką po małej plaży i zbiera muszelki, a jej rodzicielka ma na sobie kwiecisty kapelusz i podnosi kilkuletnią córeczkę na ręce, by obdarować ją całusami. Był to jednak tylko sen i mimo że zdarzał się często, to nie mógł przywrócić Celine matki.
- Hej, księżniczko. - Bryant usłyszała za sobą znany, damski głos, który dość często jej towarzyszył w szkole.
- Zoe, miło cię widzieć. - Odwróciła się do dziewczyny i posłała jej przyjazne spojrzenie. Cieszyła się,że ma kogoś bliskiego sercu w miejscu, gdzie spędza większość czasu. Zoe była ciemnoskórą dziewczyną o twarzy tak anielsko pięknej, że Celine czasami wydawało się, że to tylko urojony przyjaciel, wytworzony przez jej wyobraźnię. Twarz Zoe okalały długie warkoczyki, które dodawały słodyczy i energii do jej wizerunku. Mimo iż była niska, osobowością przerastała większość neutralów ze szkoły. Cieszyło to Bryant.
- Ta, przecież to wiem. - Ucałowała Celine w policzek, musząc przy tym stanąć na palcach. - To jednak nie tłumaczy cię wcale i wiedz, że jestem na ciebie cholernie zła!
- Zoe! Wyrażaj się!
- No dobra, księżniczko... Słuchaj, dlaczego nie odbierałaś telefonów? Zniknęłaś tak szybko, że nawet nie wiedziałam kiedy, a gdy dzwoniłam to nie odbierałaś! Martwiłam się. - Dziewczyna szturchnęła Celine w ramię z impetem.
- Wybacz – odpowiedziała jej Bryant z grymasem na twarzy. - Zepsułam telefon, na szczęście ojciec dał mi dziś nowy. Jest doprawdy wspaniałomyślny. - Pomachała urządzeniem przed oczami przyjaciółki, po czym dodała: - Wyszłam wcześniej. Przepraszam, że cię nie uprzedziłam, ale nieprzyjemna sytuacja miała miejsce pomiędzy mną a Dave'em...
- Poczekaj... To najnowszy iPhone? No tak, przecież twój stary to milioner... Ale zaraz – spojrzała uważnie na postać stojącą przed nią, próbując wychwycić coś z jej oczu – jaka nieprzyjemna sytuacja?
Celine zamknęła swą szafkę i oparła się plecami o zimne drzwiczki. Popatrzyła na przyjaciółkę, próbując znaleźć odpowiednie słowa na opisanie tego, co wydarzyło się poprzedniego wieczoru, bez popadania w płacz, czy jakiekolwiek inne skrajne emocje, których starała się publicznie unikać.
- Dave... troszkę przesadził z sympatią do mojej osoby.
- Co masz na myśli? - Zoe spoważniała i skrzyżowała ręce na piersiach.
- Chciał chyba czegoś więcej, bo po rozmowie zaczął mnie dotykać w różnych miejscach i próbował pocałować. - Wzięła głęboki wdech i wydech. - Powiedział mi też kilka niemiłych słów, że powinnam mu się oddać. Nie był to przyjemny wieczór.
- Co? I ty mówisz o tym tak spokojnie? Trzeba go zabić, Cel! Porwać, odciąć genitalia i zamordować, słuchając przy tym Edith Piaf. Zaraz go dorwę i rozpier... - Ruszyła w kierunku bliżej nieokreślonym, gdy Celine złapała ją za ramię i zatrzymała, hamując potok słów z ust Zoe.
- Spokojnie, Zoe. Nic się nie stało, nie zrobił mi krzywdy.
- Zaraz cię uderzę i to nie będzie miłe, złotko. Musimy coś zrobić, nie zostawię tak tego, uwierz mi, Celine Bryant.
- Tylko co?
- Zostaw to mnie. - Dziewczyna stanęła pewnie na wprost przyjaciółki. - Nie będziemy szargać twojego dobrego image'u. Nie chcemy, żebyś skończyła jak Rachel.
- O wilku mowa... - Celine spojrzała w stronę schodów, z których staczała się długonoga dziewczyna w sandałkach na obcasach i krótkiej sukience na wąskich ramiączkach. Jej włosy sięgały do ramion i były ułożone w nienaganne fale. Na ramieniu dziewczyny spoczywała ręka chłopca idącego obok niej. Na jego widok Celine poczuła wspomnienie z dnia poprzedniego, gdy wpadła na niemal takiego samego, a jednak zupełnie innego człowieka. Joseph, brat Williama, będący w wieku Celine i wraz z nią uczęszczający do szkoły, rozpływał się nad postacią Rachel, bezpruderyjnie dotykając ją publicznie po piersiach i pośladkach. Jego głowa przechylała się na boki, gdy długie, roztargnione włosy, wpadały do jego błękitnych oczu. Miał na sobie spodnie z wysokim stanem, które często nosił i zwykły biały t-shirt sprawiając, że większość żeńskiej społeczności szkoły wilgotniało na jego widok. Celine jednak odczuwała niepokój, patrząc na tego chłopca. Wiele osób wspominało o tym, że uzależnia się on od amfetaminy; nie ukrywał się również z tym, iż pali marihuanę. Dla Bryant było to równoznaczne z tym, że Joseph Lemarac nie istnieje.
- Nie znoszę jej – odparła Zoe, bezczelnie patrząc na obściskującą się parę. - Nie rozumiem dlaczego Joseph jest tak głupi, że ją kocha...
- Och, naprawdę myślisz, że on ją kocha? To tylko młodzieńcze pragnienie seksualności i pożądanie. Wątpię, że zobaczę ich razem za trzydzieści lat, prowadzących swoje wnuki przez park.
- Nie kpij z miłości, Cel. Poza tym Joseph jest naprawdę słodki i piękny. Wyjęty zupełnie z innej bajki. - Oczy Zoe przybrały rozmarzonego charakteru. - Zupełnie jak jego brat. Choć William jest zupełnie inny, nie uważasz?
Policzki Celine zapłonęły na wzmiankę o Williamie. Skarciła się w myślach za tak jawne okazywanie emocji.
- Celine? - Reakcja Zoe była natychmiastowa.
- Nie dokończyłam ci wczorajszej historii, fakt. - Ukradkiem spojrzała na przechodzących teraz obok nich, Josepha i Rachel; byli tak wyuzdani w swoim zachowaniu, że Celine poczuła mdłości. - Gdy wracałam do domu, byłam trochę nieobecna duchem i wpadłam na kogoś na ulicy.
- Na kogoś w sensie na Williama? - Zoe podskoczyła. Celine kiwnęła głową, potwierdzając informację. - I co? Nadal tak piękny jak za czasów gdy chodził tu do szkoły?
- Cóż... - Celine uśmiechnęła się do siebie, na wspomnienie jego twarzy.
- O cholera, ty się uśmiechnęłaś! - Zoe omal nie przewróciła się z ekscytacji, klaszcząc przy tym w ręce. - Odezwał się coś?
- Obawiam się, że to nie tak jak myślisz. Nigdy nie poznałam się z Williamem, więc nie miał prawa mnie znać. Generalnie, wyglądał i brzmiał na złego, że na niego wpadłam. Dodatkowo, nawet go nie przeprosiłam...
- Wiesz, to będzie miłość stulecia, mówię ci. Najpierw trzeba jednak pozbyć się Dave'a...
Nim Zoe dokończyła swój złowieszczy plan, cały korytarz obiegł dźwięk dzwonka, wzywającego na zajęcia. Celine więc ruszyła w stronę klasy od fizyki, słysząc w głowie głos starszego Lemarac'a: Nienawidzę, gdy ktoś mnie dotyka.
***
Większość drogi do domu rozmyślała nad tym, jak bardzo Rachel stanowi dla niej mur nie do przeskoczenia, jeżeli chodzi o swobodę bycia sobą. Nie wspominała o tym nigdy Zoe, ale zarówno Rachel, jak i jej chłopak, byli swego rodzaju enigmą dla Bryant. Nie potrafiła rozgryźć jak łatwo i bez ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji przychodzi im robienie tych wszystkich, tak bardzo naturalnych dla nich, rzeczy. Myśląc o tym wszystkim doszła do wniosku, że nawet nie wie co chciałaby robić, gdyby mogła. Była tak bardzo zaprogramowana na istnienie jako grzeczna, mądra córka prezydenta Nowego Jorku, że nie miała nawet czasu wymyślić sobie siebie samej.
Weszła do domu i powolnym korkiem przechadzała się w stronę swojego pokoju. Jej nogi pełzły po marmurze na podłodze, zmęczone po ostatnich przygodach zgotowanych przez los. Gdy miała skręcić w stronę miejsca docelowego zauważyła, że drzwi od gabinetu ojca są uchylone. Dobrze wiedziała, jak bardzo denerwuje go owe zdarzenie, więc ruszyła w kierunku drzwi, aby je zamknąć. Nie spodziewała się jednak, że zza nich usłyszy głosy.
- Ojej – powiedziała i planowała się odwrócić, gdy jej umysł usłyszał pojedyncze słowa z rozmowy telefonicznej, jaką prowadził jej ojciec za drzwiami. Z ciekawością zbliżyła się do wejścia, by wyraźnie słyszeć słowa ojca:
- Mam dosyć półśrodków! Słuchaj, jeżeli oni zrobią komukolwiek z moich bliskich krzywdę, to nie masz życia, Frank! Masz znaleźć tych gnojków z White Lighters i się z nimi rozliczyć raz na zawsze i to jest twój obowiązek. Wobec mnie, wobec Nowego Jorku i wobec całego naszego państwa. Nie pozwolę się zabić.
Celine przyłożyła dłoń do swoich ust w geście szoku. Dopiero teraz dostrzegła przy drzwiach wiele rozrzuconych białych kartek z symbolem białej zapalniczki na których napisane było: IDZIEMY CIĘ SPALIĆ.

_____________________________________________
Zoe w opowiadaniu prezentuje się o tak: KLIK

początki są dla mnie ciężkie, to fakt
prawdą jest też, że trudno mi pisać w dni, gdy moje samopoczucie spada poniżej zera
mam jednak nadzieję, że kogoś opowiadanie zainteresowało
ucieszę się, gdy ktokolwiek zostawi komentarz, 
d.

UPDATE: założyłam tumblra, na którym publikowane będą edits
TUTAJ  T U M B L R 

1 komentarz:

  1. wybacz opóźnienie; miałam egzamin na głowie i od kilku dni wręcz nie żyję. dlatego też przepraszam za jakość i długość komentarza.
    white lighters wydaje się być opowiadaniem o marmurowych posadzkach z złotym wykończeniem, ale i betonowych płytach. tylko błagam cię, nie idź w banał. jesteś na to za dobra.
    nie spodziewałam się, że choć trochę akcji będzie się rozgrywało w szkole. jestem przyjemnie zaskoczona; mam słabość do licealnych momentów, chociaż własne liceum było dosyć przeciętnym etapem w moim życiu.
    pierwszy epizod za dużo nie zdradza - poza przyszłymi kłopotami i zagrożeniem życia w rodzinie bryantów, to właściwie jeszcze nie wiemy kto jest kim i po co i dlaczego. ciężko skleić bardziej analityczny i wnikliwszy komentarz; powiem tylko, że sprawa white lighters skrobie mój żołądek - chcę wiedzieć wszystko.
    czekam na rozwój wydarzeń.

    yours truly,
    megs

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy